239. Na zielonej Ukrainie

Przyznam szczerze, że długo zabierałam się do napisania tej notki. Wróciłam do domu w niedzielę, ale nadal jakoś nie mogę się ogarnąć po wyjeździe. Ponadto w tym tygodniu miałam aż trzy jazdy. Łącznie wyjeździłam już 18/30 godzin, a wydaje się, jakbym dopiero wczoraj po raz pierwszy siadła za kierownicą… W poniedziałek czeka mnie pierwsze podejście do egzaminu teoretycznego. Możecie trzymać kciuki! :)

Postaram się teraz w dużym skrócie opisać po kolei cały mój pobyt na Ukrainie. Zdjęcia niekoniecznie w porządku chronologicznym.

Trolejbusy na Ukrainie to normalny środek transportu. Tu: Czerniowce

Sobota, 10 sierpnia
Wyjeżdżam z domu o 3 w nocy. Jest strasznie zimno, leje jak z cebra. Ruszamy z dużym opóźnieniem. Nie śpię już ponad dobę. Droga zdaje się nie mieć końca. Wreszcie po południu przekraczamy granicę, skąd do Lwowa jest już całkiem niedaleko. Kwaterujemy się w świetnym trzygwiazdkowym hotelu na obrzeżach. Ze zmęczenia jestem niemal nieprzytomna, mam wrażenie, że w mojej głowie gra radio. Szybka kolacja, na której niewiele jem i jeszcze mniej się odzywam. Włączam telewizor, a tam… „Potop” z ukraińskim lektorem! Cóż za ironia losu… :D Kładę się spać i śpię jak zabita pomimo włączonego światła i hałasów za oknem (w restauracji na dole odbywało się akurat wesele).

Ruiny zamku w Skale Podolskiej – dziadek nie przejmuje się zabytkiem i pozwala kozie swobodnie się paść ;)

Niedziela, 11 sierpnia
Wstaję rześka i nadzwyczaj pozytywnie nastawiona do życia. Zwiedzamy Cmentarz Łyczakowski i Orląt Lwowskich i na razie opuszczamy Lwów. Po drodze zatrzymuje nas ukraińska drogówka o znamiennym skrócie DAI w oczywistym celu… Później zwiedzamy zamek w Olesku (mało ciekawy) i Ławrę Poczajowską (prawosławny odpowiednik naszej Częstochowy), na teren której kobiety mogą wejść tylko w nakryciu głowy i spódnicy zakrywającej kolana (śmiechu z naszych strojów było co niemiara :D). To było naprawdę magiczne miejsce… Ruszamy do Krzemieńca, zwiedzamy muzeum poświęcone Słowackiemu, który to tamże się narodził, wchodzimy na górę, z której roztacza się piękna panorama… Bardzo przygnębiające miasteczko.

„Mniej milicji, więcej porządku” – aktualne i prawdziwe także i u nas…

Poniedziałek, 12 sierpnia
Wracamy do Lwowa, zwiedzamy to śliczne miasto. Byłam tam już dwa lata temu, więc wszystko było dla mnie przypomnieniem. Przez ten czas centrum się zmieniło; stało się bardzo europejskie – powstały nowe sklepy, kawiarnie, kramy z pamiątkami. Teraz rynek zupełnie przypomina ten we Wrocławiu. Co prawda, nadal zdarzają się toalety, w którym papier toaletowy jest wydzielany przez babcię klozetową… W restauracji zamawiamy pyszną solankę, naleśniki z mięsem i kwas chlebowy. Pod koniec dnia jestem wykończona i mam siłę tylko na wypicie wiśniowego piwa.

To wbrew pozorom nie piwo, a prawdziwy ukraiński kwas chlebowy

Wtorek, 13 sierpnia
Opuszczamy Lwów. Zwiedzamy pałac w Podhorcach, który był jednym z najpiękniejszych miejsc… Ruszamy do Kamieńca Podolskiego, a po drodze zahaczamy o Zbaraż i Buczacz. Pod wieczór jesteśmy na miejscu. Hotel, mimo że znajdował się jakieś 15 minut od starówki, był bardzo słabym punktem… Brak papieru toaletowego w łazience, mnóstwo pająków, smród na korytarzu jak z obory, odrażające jedzenie… No, po prostu smród, brud i ubóstwo. Po kolacji z kilkoma osobami idziemy na spacer – widok Kamieńca nocą wynagrodził wszystkie niewygody.

Zamek w Podhorcach – choć zniszczony, nadal ma swój niepowtarzalny urok

Środa, 14 sierpnia
Wypływamy na rejs po Dniestrze! Trwa ponad trzy godziny, widoki i atmosfera są po prostu niezwykłe… To zdecydowanie najlepszy punkt wycieczki. Świeci słoneczko, woda lśni, a wódka jest zimna ;) Dopływamy do Chocimia, gdzie zwiedzamy twierdzę – naprawdę robi wrażenie. Później, już autobusem, jedziemy do Okopów św. Trójcy (tak, tam, gdzie spiskował Henryk z „Nie-boskiej komedii” – mojej (nie)ulubionej lektury, której nigdy nie zaliczyłam na pozytywną ocenę mimo przeczytania -,-). Po południu wracamy do Kamieńca Podolskiego i zwiedzamy starówkę. Robi się bardzo sympatycznie. Po raz pierwszy myślę, że nie chcę stamtąd wracać!

Księżycowe wybrzeże Dniestru

Czwartek, 15 sierpnia
Dzień, który minął zbyt szybko. Podziwiamy widok na Zaleszczyki. Odwiedzamy Czerniowce – miasto, które wszystkich urzekło swoim nienachalnym urokiem :) Szczerzę przyznam, że było tam piękniej niż w samym Lwowie. Chciałabym wrócić tam na dłużej.

Uniwersytet w Czerniowcach – tam mogłabym studiować… ;)

Piątek, 16 sierpnia
Ostatni dzień przed wyjazdem. Najpierw Kuty, potem Kołomyja, a następnie Stanisławów (dziś Iwano-Frankiwsk). Zaczyna robić się smutno, że to już koniec… Dzień uwieńczony wieczornymi zakupami i przepyszną pinacoladą.

Ratusz w Kamieńcu Podolskim BY NIGHT

Sobota, 17 sierpnia
Wracamy do Polski! Po drodze jeszcze Halicz i Rohatyn, gdzie dzwonię dzwonem w drewnianej cerkwi z XVI wieku! Zahaczamy jeszcze o hipermarket we Lwowie, gdzie w ciągu zaledwie godziny mamy wydać ostatnie pieniądze i w rezultacie wszyscy biegamy po sklepie z obłędem w oczach… :D Nadchodzi czas pożegnań – nie ma chyba nic gorszego. Najsmutniejszy dzień wycieczki. Szybko dojeżdżamy do granicy. Tam zastajemy coś, czego nawet nasz pilot w życiu nie widział: sznur samochodów ciągnący się niemal bez końca. Przed nami stoi dziewięć autobusów. Ludzie chodzą, rozmawiają, palą papierosy, piją, jedzą, patrząc wciąż na przejście graniczne, którego tłem staje się najpierw zachód słońca, a potem czarna noc. Stoimy tam 6,5 godziny (!), od 17:30 do północy, z czego przez ok. 2 godziny nie wolno nam opuszczać autokaru. To naprawdę niezapomniane zakończenie wycieczki.

Targ w Haliczu. Tam babuszki w chustkach na głowach sprzedają wszystko – sery, owoce, warzywa, miód…

To była naprawdę przewspaniała wycieczka <3 Pozostało po niej ponad 700 zdjęć i cudowne wspomnienia. Tęsknię i za samą Ukrainą, i za ludźmi… Nie znajduję słów, żeby opisać uczucia, które obecnie się we mnie kotłują.

Niekończące się pola słoneczników

PS Jeżeli ktoś przeczytał to wszystko – szczerze gratuluję! ;)

Enej – Symetryczno-liryczna